Relacje z codziennego życia miejskiej kobiety przeflancowanej na wieś.
RSS
wtorek, 18 lipca 2017

 

Jeśli moje codzienne relacje mają być prawdziwe i szczere, to nie mogę pominąć dzisiejszych przeżyć i przemyśleń. 

Martwię się o przyszłość dzieci, wnuczki.

Smuci mnie perspektywa życia w czasach, które niosą tyle nienawiści i złych emocji.  Jeszcze bardziej smuci mnie zawziętość i kłamstwa, populizm i zaborczość.

Można mieć różne cele w życiu, być wyznawcą różnych religii, pomysłów, programów... . Nic mi do tego.

Jeśli jednak ktoś, chce wepchnąć mnie w swój świat, którego przyszłości sam nie zna, mówię - idź sam, nie niszcz życia innym, nie zmuszaj i nie wmawiaj, że twój świat jest moim.

Ignorancja, bezduszność i przymus są najgorszymi z najgorszych cech ludzkiego charakteru. 

I co z tego, że dzisiaj byłam u swoich dziewczynek, że wycałowałam swoją wnusię, nosiłam na rękach, przytulałam, pomogłam córce w przygotowaniu przetworów dla dziecka. To nic ważnego, w porównaniu z tymi emocjami, które łapią za serce i przyprawiają o koszmarne myśli, lęki i niezgodę oraz złość na to, co dzieje się wokół.



23:04, duzabula
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 17 lipca 2017

Dzień rozpoczęłam od spotkania z moimi dziewczynkami.

Wnusia urocza, słodziusia, taki cukiereczek. Po dwóch tygodniach nie widzenia się, pierwszy moment był dla niej zastanawiający: Kto to? Znam?

Po chwili zobaczyłam uśmiech, marszczenie noska i trzepanie z radości nóżkami i rączkami. Zaraz wyciągnęła łapki do baby.

Czego można chcieć więcej od życia?

Córka jak zwykle w ferworze zadań, prac domowych, opieki nad dzieckiem... 

Z przyjemnością wyręczyłam ją w ostatnim obowiązku.

Jak zwykle nie próżnowałam. Ugotowałam leczo z cukinii, posprzątałam balkon, wyniosłam śmieci. Okleiłam kanty ławy specjalna taśmą, by uchronić dziecko przed uderzeniem. A, że malutka zaczyna wspinać się i wstawać, takie coś, jest bardzo na czasie.

Popołudnie przeznaczam na prace zawodowe. Wzięłam się ostro, bo systematyczność, to podstawa tej firmy. 

Rozmawiałam z była szefową nt nowej pracy. Jest nowa wizja, nowi ludzie, nowa organizacja. Mam to wszystko spajać, ogarniać, zawiadywać, pomagać.

Wspomniałam o podwyżce, którą uzasadniłam kosztami dojazdu do pracy oraz dodatkowymi kursami na wieś. Wszak prowadzę dwie firmy, w dużej odległości.

Jeśli mam być skuteczna muszę mieć minimum satysfakcji finansowej. Nie stać mnie na dokładanie do interesu i wyżymanie 1/6 pensji na paliwo.

Dzień z pochmurnego i deszczowego poranka przeistoczył się w pogodne popołudnie. Świeci słońce, jest przyjemnie.

Otworzyłam okna, momentami uchylam drzwi, bo stara kamienica ma jednak swoje dziwne zapachy.

Cieszy mnie widok porządku w moim pokoiku, szarych odcieni, bieli tudzież akcentów czerwoności.  

18:34, duzabula
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 lipca 2017

Jeszcze wieczorem wahałam się czy wracać do starego miasta, ale rano nie miałam wątpliwości, że muszę tutaj przyjechać.

Torba od kilku dni czekała w przedpokoju, w gotowości.

Zabrałam pół firmy, trochę jedzenia, dwa ciuszki, płody rolne takie jak cukinie i buraczki oraz marchewka.

Córka zaczyna robić sama papki dla dziecka, więc świeże i nie sypane warzywa są wskazane.

Men zrozumiał moją potrzebę wędrowania i nawet pomógł mi spakować wałówkę. Trochę był zmartwiony, że nie zobaczy mnie przez tydzień. Myślał, że w połowie tygodnia wrócę, ale przecież muszę  nacieszyć się rodziną.

Czas na wsi był udany, bo trwał dłuższą chwilę i zdążyłam wdrożyć się w wiejskie życie oraz przyzwyczaiłam się do powolnego rytmu dnia. Żyłam w zgodzie z naturą, na łonie natury i cieszyłam się każdą chwilą.

Był jeden krytyczny moment. Men na chwilę powrócił do swojego chamskiego zachowania, ale gdy zobaczył, że płaczę żałośnie, że pękam, że mam dosyć jego humorów natychmiast wycofał się.

Przytulił i przepraszał tak długo, aż mu wybaczyłam. Nazwał swoje zachowanie po imieniu, co do tej pory nie było dla niego takie proste i łatwe do wyartykułowania.

W piątek był rozkoszny jak skowronek, ponieważ jego trudne sprawy powoli odchodzą w cień. Oczywiście nadal istnieje duże ryzyko utraty domu, ale jeśli mądrze pokieruje sprawami i wykorzysta szansę, to być może uratuje dom i firmę. Duża w tym zasługa zięcia, a i moja też, choć może w skromniejszym zakresie.

W mieście od razu nabrałam wigoru. Jestem znowu energiczna, zakręcona, pełna pomysłów. 

Do końca miesiąca mogę swobodnie korzystać z wolności przemieszczania się. Drugą pracę rozpoczynam od sierpnia. Wracam do firmy, z której wykurzył mnie Młody. Teraz jest na odwrót - jego nie ma - jestem ja.

Znowu słyszę, jak jestem potrzebna i niezbędna. To jest ta marchewka, którą mnie nęcą. A, że marchewka idzie w parze z kijem, zatem zastanawiam się kiedy kij?

Jedno jest pewne: zażądam podwyżki, a jeśli nie, to wypadam świadomie, dobrowolnie i bezapelacyjnie.

21:55, duzabula
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lipca 2017

Z samego rana pojechałam do miasteczka. Pilna sprawa zawodowa kazała mi ruszyć się z miejsca. Zanim wsiadłam do auta medytowałam, jak w ogóle wyjść z domu? Na zewnątrz silny wiatr, aż huczało w kominie, drzewa uginały się od podmuchów i w dodatku lało jak z cebra.

Ubrana cieplej niż zwykle opuściłam chałupę w momencie zawieszenia rozpierduchy pogodowej. Zdążyłam wrócić w przyzwoitej aurze.

Dzień niezbyt optymistyczny. Mam doła, ponieważ zaczynam wracać pamięcią do minionych czasów dzieciństwa i młodości w kwestii życia w innych warunkach społecznych i politycznych. I to nie jest histeria, a realia życia.

Przede wszystkim należy zwiększyć pole uprawne, o ile komornik nie zajmie go wcześniej i hodować duże ilości warzyw, owoców, by jakoś przetrwać w czasach drożyzny.

Mądrze organizować wyjazdy, przejazdy, wypady autem, bo paliwo nie powietrze i kosztować będzie więcej.

Zgromadzić książki, podręczniki dla wnusi, by miała wiedzę o historii i życiu przodków. Nie wiem jak oświata zaskoczy po reformie, więc przygotowana być muszę po swojemu.

Kolejna sprawa, to praca zawodowa. Nie dość, że muszę żyć na skraju niedostatków finansowych, to jeszcze muszę oszczędzać na emeryturę, bo nie spodziewam się kokosów. Wszystkie inwestycje będę musiała zakończyć w krótkim czasie i dobrze je przeorganizować, ponieważ zaczynam żyć w czasach, w których nic nie jest oczywiste i przewidywalne.

Należy również ostrożniej podchodzić do nowych znajomych oraz przyjrzeć się starym druhom, bo nie wiadomo kto i co i jak.

Mój dziadek w czasach niepewnych gromadził sól, cukier i mąkę. Pójdę w jego ślady.

Muszę również, jeszcze bardziej zacieśniać więzy rodzinny, bo rodzina to podstawa radości i wzajemnej pomocy oraz wsparcia duchowego, psychicznego i moralnego.

Muszę pamiętać, o tym, co mówił mój ś.p tata: miej zawsze własne zdanie, nie wychodź przed szereg, nie bądź świętsza od papieża.

A na koniec - będę powtarzać sobie do znudzenia, jak powiada brat, że nie takie dramaty świat zna.

Jeśli tego wszystkiego nie zrobię, mogę kiedyś żałować.



11:19, duzabula
Link Komentarze (3) »
środa, 12 lipca 2017

Napisałam się, a tu mnie wyrzuciło!

W takim razie streszczenie. Od rana czekałam na kuriera. Bałam się, że znowu powie, że był i mnie nie zastał dlatego ślipiłam w oknie non stop, albo siedziałam przed gankiem, nasłuchiwałam warkotu silnika, poważnie traktowałam każde szczeknięcie psa.

Z kilkugodzinnym opóźnieniem przyjechał. Odetchnęłam.

Czułam się dobrze do momentu przeczytania najnowszych informacji z kraju. Przegłosowano ustawę o sądach i ten fakt zmroził mnie okrutnie. Co teraz będzie?

Kiedy myślałam, że zdołam się ogarnąć kolejna wiadomość: w wypadku autokaru zginął ojciec znajomej. Jedyna ofiara śmiertelna i to własnie On!

W szafce stoi butelka adwokata. Stoi tak kilka lat. Mam nadzieję, że zawartość ma jeszcze ważny termin przydatności, bo muszę go użyć.

18:03, duzabula
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 lipca 2017

Początek dnia pracowity, ale teraz mam przerwę.

W trakcie wolnej chwili umyłam okna w sypialni. Czekam też na kuriera. Wymyślam zajęcia, by mieć bramę w zasięgu wzroku.

Ciekawa jestem, czy znowu kurier powie, że był, a nie był? Nie tylko ja mam problem z wysyłką. Men też czekał i czekał i się nie doczekał, a kurier wmawiał mu, że był. Potwierdza się tylko fakt, że na wieś przyjeżdżają niechętnie, ponieważ muszą nadłożyć drogi, a paliwo kosztuje i czas dojazdu też ma znaczenie.

Myślę też o nowej pracy. Nie wiem jak to zorganizować. Nie mogę przecież ciągle jeździć w tę i z powrotem, bo nie mam siły, ani kasy. A muszę mieć bazę na wsi dla jednej firmy, a druga firma w metropolii, więc trzeba to, jakoś pogodzić.

Podobno od przybytku głowa nie boli, a mnie pęka.

Że też moje życie nie jest klarowne i takie z górki. Zawsze jest jakiś kłopot, niepewność, dysharmonia... .

Na wsi pochmurno, ale deszczu nie ma, za to jest ciepło.  Powietrze dotlenione. Okna szeroko otwarte i drzwi na taras też.

Taka akustyka, że wszystko słyszę, o czym rozmawiają sąsiedzi, no i oczywiście wrzaski małego chłopczyka. Ciągle coś wymusza, domaga się piskiem, płaczem. Wszyscy dorośli negocjują z nim, coś obiecują albo straszą rózgą.

Ciekawa jestem, jaka będzie moja wnuczka. Zabawki poszły w kąt i najbardziej podobają się kubki, łyżki, miski, telefony, piloty, zawartość szuflad.

Córka kombinuje, co by tu zrobić, by zaspokoić ciekawość dziecka i bezpieczeństwo oczywiście.

Zawsze mówię, że rodzice muszą być krok przed dzieckiem, zawsze kreatywni, twórczy, przewidujący. 

Przygotowuję dla wnusi skrzynię skarbów. Wynajduję w chałupie różne przedmioty codziennego użytku, które mogą posłużyć jako zabawki. Mam już szpulkę, strzykawkę z obciętym dzióbkiem, kule z plastiku, pojemnik po lekach z wsypanymi nasionami siemienia, by brzęczało i inne pierdółki.

Uszyję też węża z kolorowych resztek tkanin, doszyję jakieś tasiemki, kokardki, sznureczki... .

Dojrzewam do decyzji o powrocie do starego miasta. Nie chce mi się za bardzo, bo przyzwyczaiłam się do życia wiejskiego.

Zawsze muszę mieć jakiś konkretny cel, by ruszyć tyłek i wyjechać z miejsca, w którym akurat jestem. A, że kasy mało, to i chęci małe.

Wieś pozwala przetrwać bez większych wydatków. Muszę co prawda stanąć na wysokości zadań gosposi, coś ugotować, posprzątać, być miłą towarzyszką życia, opiekunką domu, psa, ogrodniczką, ale to przecież nie jest tak skomplikowane i trudne.

Miasto każe mi wydawać pieniądze. Zawsze jest jakaś pokusa i potrzeba. Zauważyłam, że będąc w mieście dopada mnie uczucie pustki i samotności i wówczas zakup bluzeczki, wazonika, kwiatuszka... , umila mi życie. 

Więc może wieś jest moim domem prawdziwym?


11:09, duzabula
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lipca 2017

Przed południem telefon od byłej szefowej:

- Jest zmiana, nowa reorganizacja, jesteś potrzebna.

A dopiero marzyłam o dodatkowej pracy. Nie wiem tylko, czy wchodzić do tej samej rzeki? Ale w końcu zmieni się szef, więc może to nie ta sama rzeka?

Nowego szefa znam, bo my wszyscy tutaj, jak wielka rodzina, naczynia połączone, konkubinat, komuna... .

Zastrzegłam, że jakby co, to nie będę tyrać od rana do nocy, tylko na część etatu, a przy okazji dodam, że pensję muszę mieć wyższą, bo paliwo kosztuje i mój życiowy czas, też cenny, a i emerytura nadchodzi, więc coś trzeba zgromadzić na koncie.

Po nieoczekiwanej propozycji wyruszyłam do miasteczka, na pocztę. Skręciłam na rynek, by popatrzeć na starocie. Szukam gustownego stolika do lokalu. A, że byłam późno, rynek zamykali, więc obeszłam się smakiem. Zakupiłam jedynie śliniaczki jednorazowe dla wnusi, kilka słoiczków na przetwory zupowe dla malutkiej. Postanowiłam odnaleźć Dino. Jechałam na azymut i trafiłam. Dookoła wieś, pola, kilka domów, szkoła i taki markecik! 

Dzwoni córka, że dziecko zaczyna chodzić i masakra jakaś jest, ponieważ na krok nie można jej zostawić i spuścić z oczu, bo robi bęc, bach, buch. Znowu otarła się o krawędź mebla i lamentuje. Nic się nie stało, ale problem jest. Jak zabezpieczyć dziecko przed uderzeniem o mebel?

 Od razu wpadam do netu i szukam rozwiązań. Znalazłam taniutkie gumy, pianki, które nakleja się na krawędzie. Zrobiłam kup teraz!

Ciekawe, czy pomogą?



22:36, duzabula
Link Dodaj komentarz »

Oglądam namiętnie programy o urządzaniu wnętrz. Wręcz uwielbiam patrzeć, jak z niczego można zrobić ładne cacka, uporządkowane mieszkania, wstawić ładne i funkcjonalne gadżety.

A, że noc była księżycowa i widna i ciężko było zmrużyć oko, mogłam bez wielkiego wysiłku marzyć o pięknym lokalu w starym mieście.

Zaprzątnęłam sobie głowę stolikami, które ewentualnie mogę przemalować, zasłonami na całej ścianie oraz układem mebli kuchennych, kącikiem dla wnuczki.... .

Nie wiem, o której zasnęłam, gdyż noc była jak niekończący się zmierzch i trudno określić czy to północ, a może druga nad ranem? 

Spałam krótko, ale i tak wstałam o przyzwoitej godzinie, czyli ósmej. Poniedziałek, to taki dla mnie dzień, który każe lękać się i stresować. Dlaczego? Bo to początek tygodnia i trzeba planować cały tydzień, a może dlatego, że po dniach bezczynności muszę wrócić do tempa pracy, by ogarnąć różne różniste tematy?

Zebraliśmy trzy średnie miednice porzeczki czarnej, ale końca nie widać. Plon z jednego krzaka to większa salaterka, a krzaczków kilkanaście i tak obsypanych owocem, jak nigdy przedtem.

Dzisiaj kończę zbiór, by nie przedłużać mąk wśród komarów i plączących się wokół nóg i rąk chwastów.

Kiedyś wydawało mi się, że im więcej dóbr rolnych, tym większa moja radość. Dzisiaj uważam, że to przesada.

Co z tego, że tyle tego mamy? Trzeba to zebrać, obrać, przebrać, rozdać. W dodatku nikt nie przyjedzie, bo mają daleko, więc musimy rozwieźć, dowieźć, podać do rąk własnych. Chodzi o to, żeby się nie zmarnowało, bo na wsi kokosów nie ma, a tradycja taka, że wielki żal, kiedy dobro, idzie do kosza na śmieci. 

Trzeba mi się wdrożyć w rytm pracy zawodowej. Pewnie pojadę do miasta, posiedzę przy komputerze, zrobię przegląd magazynu, zastanowię się nad strategią firmy. Szef przebąkuje, że niedługo wszystko będę robiła sama, więc im wcześniej ogarnę temat, tym lepiej dla mnie.



09:26, duzabula
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 lipca 2017

Prawdziwe lato. Słońca pod dostatkiem.

Men zrywa porzeczki, ponieważ tak obrodziły, że musimy je zebrać w odpowiednim momencie, by nie zmarnować plonu. Możemy zaopatrzyć bliskich, znajomych, a może i odsprzedamy za parę groszy?

Dla mnie jeszcze za wcześnie na siedzenie w krzakach, w pełnym słońcu. Ostrzegałam Mena, że z jego chorym sercem, to nie jest dobry pomysł, ale on nikogo nie słucha.

Za to chętnie wykorzystuję porzeczkę do poprawienia jakości skóry twarzy. Rozgniatam kilka i myję nimi twarz. Skóra sprawia wrażenie domytej, wręcz skrzypi, a także jest napięta i lekko rozjaśniona.

Na drodze zwiększony ruch. Słychać szum przejeżdżających aut - wiadomo: kończy się weekend i wracają letnicy z działek.

Od rana sprzątam. Tyle zaległości w chałupie!

Dzisiaj wzięłam na tapetę płytki ścienne w kuchni. Jako, że nie mamy pochłaniacza, a gotujemy na gazie, wszystko oblepione jest tłuszczem i kurzem.

Wreszcie zapachniało proszkiem, płynami i po prostu - czystością. Wybiłam muchy, które drażnią swoim natręctwem i spokojnie mogę coś napisać.

Córka wraca z działki od teściów, mama wraca z Mazur. A jeśli one wracają, to być może pojadę w tygodniu do starego miasta?

W obecnej chwili, kiedy zwiększył się ruch w interesie będę miała problem z przemieszczaniem się kiedy mi się chce i na ile mi się chce. Trzeba to jakoś zorganizować.

Nie mam planu na dzisiejszy dzień. Weekend to czas spontaniczności, robienia co się komu podoba.

 

14:29, duzabula
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 lipca 2017

Typowy dzień na wsi.

Trochę roboty w polu, bo marchewki zarosły makami, rumiankiem i perzem, trochę zbierałam malin na soki dla wnuków, aż rączki pokłułam pokrzywami, bo tak obrodziły, że strach, jakieś kwiatki obwiązałam sznurkiem, bo pokładają się na tarasie, jak na leżance.. . 

Nie sprzątałam w chałupie, bo mi się nie chciało.

Po robotach polowych tak mnie nogi bolały i w krzyżu łupało, że nie wspomnę o pęcherzach pokrzywowych na ramionach i nie tylko oraz śladach po komarach, które rozmnożyły się w wilgotnych zakamarkach krzewów, że o domowych pracach nie myślałam nawet. 

Rano pojechałam do miasta na pocztę, bo zajęcia zawodowe nie znają weekendu. Chciałam odwiedzić Dino, ale tak się zagubiłam, że nadłożyłam drogi, jechałam dookoła i w końcu zrobiłam zakupy w wiejskim sklepiku.

Men narzeka, że wyżeram ciastka,  więc kupiłam po dwadzieścia deko z marmoladką, czekoladką i kremem. Pyszności smakowały jak płyn do mycia naczyń, twarde były i ogólnie do patrzenia, a nie do jedzenia. Teraz leżą na talerzyku i kiedy spoglądamy na nie -  odechciewa się ich natychmiast.

Dobrze, że lody zakupiłam, więc deser jakiś był.

Wieś nadal spokojna, bez deszczu dzisiaj, a ze słoneczkiem i lekkim wiatrem.

Za to mama weranduje na Mazurach. odważyła się na długą trasę, ale mówi, że było warto. Jest szczęśliwa.

Wszyscy dokądś wyjeżdżają, a my tylko na wsi i na wsi. Men przebąkuje o jakimś wypadzie nie wiem dokąd i kiedy i czy w ogóle? Może tak tylko mówi? A może planuje podróż marzeń? Ciekawe, czy ze mną? 

23:52, duzabula
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 145
zBLOGowani.pl
;
Blogi